Belgijska czekolada – panaceum czy słodka pułapka?

1

Opublikowano : 07-08-2014 | Autor :

W umysłach czekoholików Belgia konkuruje chyba tylko ze Szwajcarią jako najważniejszy kraj na czekoladowej mapie świata. Czy słusznie z taką uwagą reagujemy na odmieniane przez wszystkie przypadki hasło „belgijska czekolada”?

Zdaniem Georga Bernardiniego – niemieckiego recenzenta, autora czekoladowego kompendium „Der Schokoladentester” – w ciągu trzydziestu ostatnich lat nie wydarzyło się w Belgii nic wartego uwagi. Wśród ośmiu najlepszych czekoladowych marek świata w rankingu Bernardiniego można znaleźć jednego belgijskiego czekoladnika – Pierre’a Marcoliniego. Pierre jest jednak wyjątkiem, nie regułą. O ile Belgia wydała na świat niezliczonych dobrych czekoladników, ze świecą szukać tych rewelacyjnych.

 Pierre Marcolini - logo

Magia Marcoliniego

Jeśli spytacie któregoś z doświadczonych czekoladowych krytyków o naprawdę dobrą belgijską czekoladę, skieruje Was do Pierre’a Marcoliniego (lub ew. Benoit Nihanta, ten jednak ma swój niszowy styl, przypominający trochę Manufakturę Czekolady). Jak Pierre stał się jednym z najważniejszych nazwisk świata prawdziwej czekolady? Sam swoją profesję nazywa „czekoladowym haute couture” czyli „Haute Chocolaterie”, wyższą formą czekoladowej sztuki. Zamiast pracować nad czekoladą smakującą każdemu jak wielkie „belgijskie” koncerny, Pierre stara się wydobyć aromatyczną esencję danej plantacji czy regionu. Ten dobiegający 50-tki syn imigrantów z Werony przekształcił dziecięce marzenie w firmę zatrudniającą 350 pracowników. Nie spoczywając na laurach, nadal poszukuje nowych ziaren i smaków, a przede wszystkim – wysokiej jakości w każdej postaci.

 

 

Belgijskie przełomy w historii czekolady

Jak już przeczytaliście we wpisie o domu czekolady Neuhaus, to właśnie w Belgii wymyślono pralinki i ozdobne bombonierki (fr. ballotin) do ich zapakowania. Kompozycje smakowe od przeszło stulecia zachwycają kreatywnością. Jeśli w czekoladkach szukamy głównie słodyczy i ciekawych nadzień – tutaj Belgowie potrafią oczarować. Belgijskie czekoladkowe imperia to dziś przede wszystkim skuteczne firmy, często należące do zagranicznych potentatów (słynna Godiva była długo własnością Campbell Soup Company – tak, tak, to te zupy Campbell od Warhola – a dziś jest… turecka), dysponujące ogromnym budżetem marketingowym. Czekoladowy gigant Barry Callebaut uczynił nawet ze słów „Najlepsza Belgijska Czekolada” swój znak towarowy, choć z punktu widzenia konesera czekolady ciekawsze produkty powstają z ziaren dostępnych w dużo mniejszych ilościach, niż te potrzebne największemu producentowi przemysłowej czekolady.

 

Otwórzmy się na nowe

Jeśli jednak poszukujemy smaku prawdziwej ciemnej czekolady, trufli z kakao z najlepszych plantacji czy tabliczek z niezwykłych gatunków ziaren, wskazówki dadzą nam np. karty deserów z restauracji obdarzonych gwiazdkami w przewodniku Michelin. A tam panuje francuska królowa Valrhona, czasem tylko oddając pola toskańskiemu Amedei. Nie warto więc zamykać się na czekoladowe doświadczenia z krajów, które w powszechnej świadomości nie są tak mocno kojarzone z czekoladą. W ostatnich latach nie mniej ciekawe są tabliczki z Wietnamu, Ekwadoru czy Madagaskaru, zachęca to do czekoladowych eksploracji w poszukiwaniu następnych krajów, które z aromatycznego kakao tworzą dzieła sztuki.